Menu

JA.grembach.łódź.pl

O Grembachu, o Łodzi, o mnie, o wszystkim...

Czekanie z Tatą…

piostar14

WP_000823

Najtrudniejsze jest czekanie.

Najczęściej postrzegamy czekanie intuicyjnie,  jako ten czas, który oddziela nas od spodziewanego zdarzenia; od chwili, kiedy zrealizuje się nasza niecierpliwość i zamieni w zdumienie, że to już, a potem często w rozczarowanie, że to miało być przecież nie tak... I wszystko gdzieś przy ziemi, od rzeczy do rzeczy, od egzaminu do egzaminu, od snu do snu, z dnia na dzień, z roku na rok… Czekanie jest tak zwyczajne, że przyjmujemy je jak chleb powszedni, częstokroć już bez emocji czy choćby pamiętania. Można powiedzieć, iż tylko od święta czekanie nabiera wartości szczególnej. Wtedy myślimy o nim częściej, pamiętamy, odliczamy czas, jak dzieci, które mają na wyciągnięcie rąk wymarzoną zabawkę, ale jeszcze nie mogą jej dotknąć…

Jest jeszcze czekanie na cud, ale to nazywa się beznadziejnie – nadzieją…

Za kilka dni mój Tata obchodziłby urodziny. Siedemdziesiąte dziewiąte. Przez wiele lat mieliśmy kłopoty z dogadaniem się w większości spraw. On racjonalny, twardo stojący na ziemi, obdarzony zmysłem technicznym i darem zrobienia czegoś z niczego; ja – humanista, rozbiegany po ideach, beztalencie w robotach ręcznych, nawet szpadel trzymałem nie tak jak trzeba. Te wszystkie różnice sprawiały, że nasze rozmowy często przerywało warczenie na siebie. I to takie dziwne warczenie, bo warczeliśmy milcząc. Długo nie potrafiliśmy się zrozumieć i rozpoznać. Ojciec kochał mnie po swojemu i ja Jego po swojemu. Jak wiatr kocha dym, a dym kocha wiatr; bo wiatr dym unosi, a bez dymu wiatru nie widać. Dziś, po siedmiu latach odkąd Go już nie ma widzę wyraźnie, jak bardzo czekaliśmy na siebie.

To nie tak, że nie doczekaliśmy się. To nie tak… Udało nam się odnaleźć, gdy Tato zachorował i bardzo długo z chorobą walczył. To było trudne doświadczenie, ponieważ Tata oczekiwał nadziei i prawdy, a ta ostatnia była okrutna. Moja Mama, bezgranicznie Go kochająca dawała Mu nadzieję, którą sama do ostatnich chwil żyła. Ja podarowałem Mu, oczekiwaną przezeń prawdę, która bardziej bolała mnie niż Jego, ale paradoksalnie dawała mu siłę do walki. Wiem, że to wyświechtane słowa, lecz nie umiem wyszukać innych. Mój Tata zawsze walczył. Wkurzał się, gdy z czymś nie mógł sobie poradzić i mierzył się z problemem dopóki go nie pokonał.  Długo czekaliśmy na siebie…

Wiem podskórnie, że w ostatnich swoich dniach Tato już tylko czekał na śmierć. Wiedział, że jest blisko. W tych godzinach, to On podtrzymywał mamę na duchu, a ze mną mówił do końca o prawdzie. Gdy rozmawialiśmy ostatni raz, właściwie pozbawiony już sił powiedział mi o wszystkim, co uważał za ważne do zrobienia, a ja powiedziałem, by się o nic nie martwił. I z tym odszedł…

Mój Tato był rakmanem, jak ja dziś. Poznał smak tego czekania, którego zwykle nie doświadczamy codziennie. Czekania na to, co już nie metaforycznie, a praktycznie jest nieuchronne. Tylko nie tak, jak w zwykłym życiu, gdzie zazwyczaj możemy odliczać czas do doczekania. Tym razem nie będziemy wiedzieć, kiedy czekanie się skończy. Czekam…

WP_000834

Nebula i władca śmietnika czyli szeptanka o polskiej mgławicy…

piostar14

754349main_butterfly_nebula_full_full

Nebula - z j. angielskiego mgławica - obłok gazu i pyłu międzygwiazdowego lub bardzo rozległa otoczka gwiazd (kiedyś również tak nazywano galaktykę).

Galaktyka - duży, grawitacyjnie związany układ gwiazd, pyłu i gazu międzygwiazdowego oraz niewidocznej ciemnej materii.

Człowiek sięga coraz dalej i dalej. Nie potrafi usiedzieć, ustać w miejscu swojego rozwoju. Nie lubi też się cofać, chociaż historia pokazuje, że i takie sytuacje miały miejsce. Wystarczy popatrzeć na europejskie średniowiecze, które hurtowo odrzuciło część dokonań pogańskich dlań ludzi antyku czy świata arabskiego. W obrębie jednak swojej cywilizacji, zwanej chrześcijańską, Europa nigdy nie zrobiła kroku wstecz. Zawsze parła do przodu. Czasem mozolnie, czasem skokowo, nierzadko dosłownie po trupach, ale bez przerwy przed siebie. W stronę ideowej nebuli – mgławicy myśli, która początkowo ledwie widoczna, z biegiem lat przybierała coraz bardziej wyrazisty kształt, zmieniając się często w galaktykę nowego światopoglądu. Z mgły wyłaniały się nowatorskie idee, awangardowe koncepcje, nieszablonowe myśli… Abstrakt przechodził płynnie w konkret, przeistaczając poglądy w aktywność człowieka. Aż zaobserwowano kolejną nebulę i wszystko zaczynało się od nowa. Czasem mgławica przy bliższym badaniu okazywała się tylko definicyjnym pyłem rozpierzchniętym po wszechświecie. Czasem jednak wynurzała się z niej galaktyczna materia doktryny, która w swej istocie oprócz nieistotnego pyłu i gazu miała w swej treści gwiazdy, a te właśnie oświecały zmiany w porządku świata.

Z upływem lat galaktyka bladła, miliony gwiazd gasły. Zostawały tylko te największe i najjaśniejsze, które wpisywały się w historię cywilizacji jako słupy milowe jej rozwoju. W miejsce przemijających idei pojawiały się nowe, usuwając na śmietnik dziejów resztki dawnych światopoglądów.

Efemerycznie naturalny proces postępu myślowego cywilizacji ludzkiej zaburza pojawienie się człowieka, który, niczym władca śmietnika grzebie w odpadkach po przebrzmiałych konceptach i próbuje siłą wskrzesić ich blask. Na początku jedynie hamuje pęd ku nowemu, później, gdy zyska grono zwolenników, rozpoczyna proces regresji, wstecznictwa. Najczęściej robi to wszystko pod płaszczykiem wskrzeszania niby to odrzucanych przez postęp wartości, dobra wspólnego, walki ze złem… W rzeczywistości władca śmietnika chce po prostu błyszczeć galaktycznym światłem stwórcy, być otoczonym mandorlą władzy nad umysłami, być jedynym prawodawcą moralnym i cywilizacyjnym… A jest kim? Zwykłym władcą śmietnika, który upokorzony blaskiem galaktyk pragnie jedynie  zwykłe odpady z wysypiska, za pomocą magicznych inwektyw i sloganów zmienić w swój złoty nimb.

Nie wierzycie? Popatrzcie w TV!

Fota Mgławicy Motyla ze strony https://www.nasa.gov/multimedia/imagegallery/image_feature_2526.html

Definicje z Wikipedii

I w twarz zawiało…

piostar14

 

WP_20160217_15_30_54_Pro4

I w twarz zawiało… I uderzyło, i popchnęło, rozchybotało, pociemniło i przegnało…  I zostawiło samego ze sobą…

To zawsze trudne, gdy zaczynam gwałtownie odczuwać, że znikają w ułamku sekundy dobre myśli. I chociaż bardzo chcę je zatrzymać, choć wkładam  w to całą energię nagle: Bach! I już ich nie ma. Coś burzy harmonię wyciszenia i spokoju. Ale co? Nie mam pojęcia. Próbuję zawsze w podobnych momentach zlokalizować tę iskrę, zracjonalizować przyczynę i nic z tego nie wychodzi. Jakby to coś było poza mną i nie dało się schwytać. Całkowita nieprzewidywalność.

Spojrzeć na życie jak na wiatr,

Co burzy siwych myśli mgły

I skręca w wiry czasu piach,

I bije pięścią w moje drzwi…

I krzyczy: Otwórz! Nie bądź świr!

I tak dopadnę ciebie tu,

W tym miejscu, gdzie nie czeka nikt,

Bo ja to życia twego wiatr…

Pok-raczne perygrynacje...

piostar14

20110424

Najlepiej byłoby posłużyć się wiatrem, bo zgodnie z utrwaloną w świadomości metaforyką, ten ruch niewidzialnej natury rozpędza chmury niepokoju, smutku, depresji… Występuje wtedy pod pseudonimem wiatru nadziei. Problem zaczyna się, gdy zrozumiemy niestabilność wiatrowego charakteru. Nigdy nie wiadomo skąd i jak mocno dmuchnie - jest cholernie kapryśny i nieprzewidywalny. Podobny do Tyche pogrywa sobie ze mną, jak chce i kiedy chce. Czasem ukryty za flautą przygląda się spokojnym myślom, by znienacka, jedną informacją obudzić nadzieję, a potem kolebać nią z lewa na prawo – od euforii po muł depresji. W swoim nikczemnym jestestwie nadaje nadziei jakiś garbaty sens.

Rozchybotany wiatrem nadziei, próbuję zrozumieć jego kompleksję, przewidzieć jego ruch.  Ale to mnie przerasta. Pewnie jest tak z większością rakmanów, których zawodzą wszelkie prognozy meteorologiczne dla tego wiatru. Wtedy myśli tak chmurzą się i gęstnieją, że… Lepiej nie mówić, że co!

Bezhen pani Sternberg…

piostar14

Zobaczyłem w sieci taki obraz Tomasza Sętowskiego…

Tomasz_Stowski

I pomyślałem: Bezhen. Ludzie mają potrzebę odczuwania granic. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, bo każdy z nas odczuwa przynajmniej zaniepokojenie, gdy uświadamia sobie relacje między jednostką a kosmosem, między czasem swoim a czasem wieczności. Pomimo otoczenia cywilizacyjnego ten lęk jest niemalże pierwotny, bo nieskończoność przestrzeni i czasu jest przecież przy nas od zawsze. Jak każdego lęku, tak i tego staramy się unikać. Nie chcemy o tym myśleć, a jeśli już, to dla czysto ludzkich potrzeb, wyciszamy swoje emocje, używając słów wskazujących na nieokreśloność zjawisk. Bo tak łatwiej. Stąd nieskończoność, nieprzemijalność, bezmiar, nieprzebytość, ogrom, otchłań, ponadczasowość, wiecznotrwałość… I stąd też bez-…

Z drugiej strony oswajanie lęku przed nieskończonością polega też na rozmywaniu konkretnych liczb, na przekształcaniu ich w zwykłą niewiadomą, jakich wiele wokół. Stąd dawno, dawno temu w odległej galaktyce czy za górami, za lasami albo hen, daleko stąd… I tak już od dzieciństwa… I stąd też   -hen

Bezhen. Przestrzeń jedynej nieskończoności, którą mamy w sobie na własność. Nie jakiś tam kosmos – wszechświat, nie czas. Przestrzeń jedynej nieskończoności, której się nie lękamy, której nie musimy okrążać z obawy przed skutkami dotknięcia. Przestrzeń wyobraźni.

pl_0376

 Na pierwszym piętrze willi Edwarda Herbsta, która dziś jest częścią Muzeum Sztuki w Łodzi i występuje pod nazwą Muzeum Pałac Herbsta znajduje się biblioteka. Odwzorowujący czasy Herbstów pokój biblioteczny jest stosunkowo niedużym, narożnym pomieszczeniem, gdzie główne miejsce zajmuje wspaniała szafa biblioteczna i gdzie w najsłabiej oświetlonym, czyli najmniej eksponowanym miejscu wisi ten obraz…

Leonard_Winterowski_Portret_pani_Sternberg_rozjaniony

Portret pani Sternberg autorstwa Leonarda Winterowskiego.

Od pierwszego spojrzenia ogarnięty fascynacją pytam: Gdzie widziała swój bezhen pani Sternberg?

Foty z sieci, w tym ze strony http://www.palac-herbsta.org.pl/

Rakman

piostar14

WP_000438

Trzeba tego zwyczajnie dotknąć słuchem, wzrokiem, czasem nosem albo wręcz palcami. Dotknąć w sobie i na sobie. Inaczej się nie zrozumie. Inaczej będzie się tylko mniej lub bardziej empatycznym lub, co gorsza współczującym gapiem, który po fazie ekscytacji łatwo przejdzie do etapu zobojętnienia. Taki truizm: zdrowy nie zrozumie chorego. Od siebie dodam, że chorego na raka w szczególności, bo przecież katar każdy z nas miał i mieć będzie wielokrotnie, zatem poczucie wspólnoty doświadczeń kataralnych jest, mówiąc żartobliwie -  archetypem kulturowym.

A raka, w odróżnieniu od kataru, ma się raz na życie i nie każdego ten szczególny dar spotyka.

Czy chory rozumie siebie i to, czego dotyka? Nie akceptuje, ale rozumie. Wie o sobie więcej niż każdy zdrowy, postrzega zależności, które wcześniej ignorował, odkrywa własną wrażliwość, zaczyna się wzruszać i emocjonować, staje się świadomie innym niż inni.

 Bo rakmani i rakmanki są inni niż inni!

Wiem to, bo jestem jednym z nich.

 Rakman jest egoistycznym nadwrażliwcem, prawdziwym artystą swojego ego, który potrafi płakać przy scenie rozstania w banalnej komedii romantycznej i snuć rozważania o kondycji społeczeństwa, które wybrało władzę ciążącą ku autokratyzmowi; który dostrzega sens disco polo i odnajduje siłę w nutach Coltrane’a; który marnuje czas na poszukiwanie straconego czasu i skrupulatnie liczy sekundy każdego mijającego dnia… A wszystko, dlatego że rakman jest pełen sprzeczności. Jak artysta, w sprzecznościach widzi źródło i materiał twórczy. Całkowicie świadomie kreuje życie, jako największe dzieło swojego życia.

Bycie z rakmanem jest trudne, bo jego ból fizyczny i ból egzystencjalny nakładają swój ciężar na myśli i emocje partnerów. Egoizm i szaleństwo artystyczne rakmana jest dla otoczenia destrukcyjne. To trudne dla obu stron. Bardzo trudne. I bardzo za ten rakmański egoizm przepraszam. Nie zawsze potrafię nad nim zapanować. Racjonalizuję to sobie, mówiąc, że mam rozchwianą równowagę między siłą i słabością, a rozbuchane ego wygrywa, gdy słabość uzyskuje przewagę. Marne to wytłumaczenie i marna pociecha dla tych, którzy mają mnie czasem dość, a nie chcieliby dość mieć… Chyba to najmocniejszy z bólów, jakie są zawsze blisko rakmana. Ale szczęśliwi rakmani, których własny egoizm boli. Nie umiem sobie nawet wyobrazić rakmana samotnego, któremu nie jest dane dzielić swoje cierpienie z tymi, którzy chcą być blisko…

Nie wystarczy być ptakiem…

piostar14

WP_000493

Mówią: wolny jak ptak… Tak mówią…

Zbanalizowane dziś porównanie realizuje nasz archetypiczny podziw dla ptaków, które zagospodarowały dziedzinę dla człowieka obcą i fascynującą zarazem. Nawet w dobie współczesnych dokonań cywilizacyjnych nie osiągnęliśmy ptasiej maestrii w wykorzystywaniu powietrza, jako przestrzeni do życia. Potrafimy już wiele, ale wobec ptaków jesteśmy bezradni. Bo co z tego, że umiemy unosić się i, nawet bardzo szybko przemieszczać, skoro wciąż w chmurach czujemy się, co najmniej nieswojo. Od wieków zazdrościmy ptakom tej tajemniczej swobody, z jaką traktują przestworza. Ikar, skrzydła da Vinciego, Piotruś Pan, anioły… Humanizacja ptasiego panowania nad powietrznym mikrokosmosem. I wyraz tęsknoty za wolnością w niedostępnej dla nas sferze. Bo przecież o to nam chodzi. Postrzegamy ptaki, jako istoty wolne, ponieważ fruną jak chcą i gdzie chcą; niezależne od nikogo i niczego szybują, gdzie wzrok nie sięga… Bardzo to wszystko poetyckie i pociągające nawet teraz, gdy uwarunkowania biologiczne tych zwierząt są wiedzą powszechną i zdejmują z metafor wszystkie barwy. Nadal postrzegamy ptaki poprzez wyimaginowaną ich wolność.

Nie będę odkrywczy, gdy powiem, że ludzie mają w swoim bliskim zasięgu taką przestrzeń, która, jak ptakom powietrze, pozwala na poczucie pełnej swobody i autonomizm. Właściwie nie mamy, czego ptakom zazdrościć. To raczej one powinny zazdrościć nam. Bo naszą przestrzenią jest umysł. 

Gdy Miłosz pisał swoje eseje o zniewolonym umyśle, kierował się wynikami analizy postaw ludzkich wobec komunizmu i wpływu tej parszywej w praktyce idei oraz jej apologetów na wolność myśli ludzkiej. Pomimo wyraźnego naznaczenia konkretem historycznym przesłanie Zniewolonego umysłu jest uniwersalne i niezmienne. Jedyną przestrzeń nieograniczonej wolności, jaka jest na wyciągnięcie ręki może poskromić, budując wysoki i gruby mur pozornego bezpieczeństwa w sobie każdy z nas. Może z niewielką pomocą swoich przyjaciół, którzy zwykle są wrogami indywidualizmu i traktują nas instrumentalnie. Co z tego mamy? Paradoksalnie święty spokój. Jak w więzieniu. Przyjaciele myślą za nas, decydują za nas, rozwiązują węzły moralne za nas. Nie musimy się przejmować, czy istnieją inne racje. Z czasem rezygnujemy nawet ze współpracy z Ketmanami. Skrzydła oddajemy do magazynu, już nie na przechowanie, a na zawsze… 

Wolność myśli boli. Zmusza do wyborów, do analizy, syntezy, interpretacji, do poszukiwania podobieństw i różnic, do moralnego sporu wewnętrznego… Ale w tym tkwi cała istota ludzkiej wolności – w bólu tworzenia. Dlatego tak łatwo przyjaciołom przekonywać do swoich, jakże często pustych idei, które prędzej czy później, a zawsze zmieniają się we władzę nad umysłami i dalej – nad społeczeństwami. I znów paradoks. Twierdzimy, że jesteśmy wolni, czujemy, że jesteśmy wolni, a w rzeczywistości żyjemy w narkotycznym transie ideologii, która tłumi ból wolności. W anestetycznej klatce dla myśli wolnych jak ptaki…

Nie czuję się w pełni wolnym. Do ideału można jedynie dążyć. Zawsze znajduję w sobie coś, co ogranicza moją swobodę myślenia. Ostatnio granicą nie do przekroczenia dla mnie jest czas. Pocieszam się wolną myślą, że czas jest granicą dla wszystkich

A tak w ogóle… Nie wystarczy być ptakiem, by być prawdziwie wolnym.

Rzecz o rżnięciu cebuli...

piostar14

 28122009126

Wczoraj mnie trochę poniosło… A może – nie? Wpadłem w ramiona wielkich słów… Ale rzeczywiście chciało mi się wyć i nie sposób było od patosu uciec. Są kwestie, które tego wymagają i nic na to nie poradę, że jak myślę na przykład o Polsce, w każdym kontekście, to znaczące słowa same budzą się z codziennego uśpienia. Gdy zaś myślę o cebuli łatwiej przyłażą słowa typu: rżnąć, ryczeć, śmierdzieć… Oczywiście w związku z cebulą mógłbym ją rozkawałkowywać, ronić przy tymże rozkawałkowywaniu łzy i krzywić się pod wpływem jej aromatu. Nieźle wyszło, chociaż zupełnie idiotycznie. Bo trzeba, jak napisał Norwid: Odpowiednie dać rzeczy słowo!

 

Muzyka zawsze była przy mnie blisko. Na szczęście i przy pomocy szkoły muzycznej udało mi się jakoś uniknąć ataku lenistwa, który by sprawił, że dziś wielbiłbym wyłącznie łatwe i lekkie kompozycje, wspierane przeciętnymi głosami i banalnymi kalkami tekstów. Co nie oznacza, że snobuję się na tzw. prawdziwego melomana.  To, czego słucham w konkretnej chwili zależy głównie od kontekstu sytuacyjnego czy emocjonalnego. Ważne, że słucham. Wiele osób uważa, że takie eklektyczne podejście do muzyki pozbawia mnie możliwości jej zgłębiania i wyłącza z kręgu tych, którzy doznają ekstazy skutkiem obcowania z wysoką sztuką. Innymi słowy słuchanie AC/DC wyklucza możliwość zrozumienia doniosłości i artyzmu kwartetów haydnowskich Mozarta. No cóż… Malkontentom zawsze mogę powiedzieć, że Stairway to Heaven Zeppów to wybitna kompozycja, gdzie fortissimo w niemal symfoniczny sposób łączy się z bogactwem harmonicznym i brzmieniowym, co przy tak ubogim instrumentarium wydaje się nieprawdopodobne, a Mozartowskie Requiem d-moll po prostu zwala z kopyt i ryje mózg.

 

Odpowiednie dać rzeczy słowo! - to nie tylko kwestia mojego myślenia o prezentowanych wartościach. To także osoba, której mówię o sprawach ważnych i mniej ważnych. Bo żeby się porozumieć i zrozumieć trzeba wspólnoty pojęć. Koleś, który od świtu czeka na okazję wyżebrania paru zetów na nektar piwny dla ratowania, steranej nocnym dionizjowaniem głowy, nic nie zrozumie, gdy usłyszy komunikat w stylu: partykularne interesy kadry menedżerskiej przedsiębiorstwa handlowego, w którym jestem zatrudniony oraz ogólna sytuacja ekonomiczna w makroregionie centralnej Europy sprawiły, że nie stać mnie w chwili obecnej na działania o charakterze charytatywnym, nakierowane na twoją osobę. Po takim dictum w najlepszym wypadku usłyszymy: Spierdalaj!; w najgorszym – zostaniemy zmuszeni do spierdalania. Do wspomnianego kolesia dotrze tylko informacja sformatowana do jego kodu językowego, która mogłaby wyglądać na przykład tak: Nie mam, kurwa, kasy! Te chuje w mojej robocie od trzech miesięcy sępią kasę po trochu i bredzą, że to przez tę jebaną Unię! Weź, kurwa, nie przeginaj! Odpowiednie dać rzeczy słowo!

 28122009129

I tak… Dopóki jedni będą kawałkować, a inni rżnąć cebulę, dopóty będziemy tkwić naprzeciw siebie w szańcach niszczącego wszystkich sporu. Aż się wykrwawimy, jak narody z dwóch frontów pod Verdun.

Chce się wyć… Skowyczeć…

piostar14

WP_20140917_022

 

Czytałem ostatnio, a właściwie przed-przedostatnio, czyli jakieś 2 tygodnie temu książkę Kucharka Himmlera francuskiego pisarza Franza-Oliviera Giesberta. Nie może wyjść mi z głowy do dziś ta niespecjalnie wyjątkowa literacko powieść. Taka jedna z wielu dobrze napisanych książek. Gdyby nie wydźwięk oraz potencjał ranienia intelektu i emocji czytelnika, można by włożyć ją na półkę z interesującymi i wartymi zapamiętania czytadłami. Włożyć i odsunąć do czwartego rzędu pamięci… Ale nie da się!

Kucharka Himmlera to dynamiczna opowieść – pamiętnik kobiety, która u schyłku życia, a ma 105 lat postanawia spisać swoją historię. Niezwykłą, bo sklejoną z najważniejszymi wydarzeniami XX wieku. Dramatyzm książki tkwi w tym, że jej bohaterka jest stale linczowana przez fatum historii. Dziewczyna, a potem kobieta poszukuje siebie i zwykłego codziennego dobra. Tymczasem wpada pod walec zdarzeń i przemoc wpływowych ludzi, którzy zmieniają jej życie w prawdziwy koszmar. Bohaterka żyje tylko myślą o zemście na wszystkich, którzy realnie wyrządzili jej krzywdę, a symbolicznie reprezentują zło tego świata. Poczynając od rzezi Ormian, jaką sprawili swym współobywatelom Turcy, a kończąc na obłędzie II połowy XX wieku… Rose, bo tak ma na imię bohaterka, jest właśnie Ormianką, która uratowała życie fizyczne, tracąc przy tym swoje życie duchowe. Zgwałcona i poniżona seksualnie w młodości przestaje odróżniać dobro od zła. Elementem jej jednostkowego szczęścia staje się wyrachowana, zbrodnicza zemsta. Tak człowiek przegrywa z okrutną większością… Bo przecież to większość kreuje historię…

 

Chce się wyć… Skowyczeć…

 

Doskwiera mi myśl, że znów historia zaczyna walcować ludzi… Tych, których demoluje jednostkowo, tych, którzy są mniejszością i paradoksalnie też tych, którzy są atomami większości.

Sternicy większości, dla swoich, często dziwacznych celów kastrują etycznie i światopoglądowo zwolenników. Tworzą armię - ufnych w każde słowo wodza - robotów, którzy w każdym innym poglądzie widzą wraże zamysły; armię gotową na bardzo wiele dla wyższych idei; armię bezkrytyczną, która jest li tylko pociskiem rozpryskowym – nie żal takiego: wybuchnie, ale cel osiągnie. Propaganda skutecznie wyłącza im bezpieczniki samokontroli. Tak jak zwykłym Turkom, którzy wyrzucali ormiańskie kobiety z dziećmi za burty statków na pełnym morzu.

 

Chce się wyć… Skowyczeć…

 

Gdy widzę, jak narzuca się młodym ludziom stereotyp myślenia o patriotyzmie, Polsce… Jak pokazuje się im, że ten, który inaczej ocenia poglądy większości to człowiek zły, który myśli wyłącznie o zdradzie i knuje przeciw narodowi.

Kim będzie w dorosłym życiu młody człowiek, któremu wmawia się dziś, że jestem wrogiem, a nie partnerem w dyskusji; że spotkanie z drugim człowiekiem należy zacząć od wybadania poglądów; że ludziom nie należy ufać; że bycie zdehumanizowanym narzędziem władzy jest najpiękniejszym celem życia; że lekarstwem na całe zło jest permanentna kontrola społeczeństwa?

 

Chce się wyć… Skowyczeć…

 

 

 

Pełznie powoli smród nienawiści, który kipi z pragnienia zatrucia jak największej liczby ludzi. Jak toksyna, która zabiła życie moralne Rose, chce dopaść też mnie…

 

Dlatego teraz skowyczę i wyję!

To nie tak…

piostar14

To nie tak, że wszystko jest dobrze. To nie tak…

Złe dni napływają falami. Po kilka, kilkanaście naraz… Właściwie określenie złe dni jest  językowym oszustwem, bo to nie dni są złe, tylko ja w taki czas odczuwam brak treści, którą można by wypełnić przestrzeń sensu. Ale niech zostanie jak jest… Złe dni…  Po kilka, kilkanaście dni naraz… Ostatnie miesiące to zazwyczaj kilkanaście i jeden po drugim . Na początku były dwa, trzy i jakoś przechodziło. Teraz nie chce przejść przez dwa, trzy tygodnie. Te dni są jak wiatr, który nie chce przestać dąć, dopokąd nie poprzewraca wszystkiego, co sobie zaplanował. A po nim przychodzi krótki sztil, kiedy najdrobniejsze, pozytywne zdarzenie przybiera kształt olbrzyma i budzi, gdzieś pod sercem ciepło. Tęsknię za takim bezwiatrem bardzo i coraz bardziej.

 Kiedy nawiedzam różnych, lecz zawsze już bezsilnych doktorów, widzę przed ich pokojami to samo, co w sobie. Świadomość nieuniknionego i aleczalnego z maleńką tylko dozą dobrej myśli. Widzę ten hulający wiatr, który odbiera siły, niektóre emocje wzmacnia, inne wytłumia, rozbija argumenty logiczne… I widzę tę tęsknotę za ciszą… Jesteśmy tacy sami… Wszyscy w maskach niby sardonicznego śmiechu i niby pewności siebie. A pod maskami wiatr…

 Szalenie trudno znaleźć mi równowagę, która sprawi, że ten wyrywający się ze mnie wiatr nie uderzy w bliskich i kochanych ludzi. Z jednej strony cały czas, gdy jestem sam, niecierpliwie czekam na spotkanie z nimi, z drugiej – obawiam się, że swoim nastrojem, czy emocjami mogę zrobić im krzywdę. Bo ile mogą mieć do mnie cierpliwości? Bo mogę przecież mniej marudzić! Jak tu mniej marudzić, kiedy już przestaję odróżniać idiotyczne narzekanie na wszystko od realnej bezradności! Ta rozterka tylko pogłębia wietrzną pogodę. Trudno się od niej opędzić, trudno o niej zapomnieć… Pozostaje maska…

 

© JA.grembach.łódź.pl
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci