Menu

JA.grembach.łódź.pl

O Grembachu, o Łodzi, o mnie, o wszystkim...

Bez kasku...

piostar14

 

P120609_19.13

Ciągła nawalanka z szarością codzienności jest jak kask. Ściśle przylega do głowy i swoją lepką, mglistą wyściółką oblepia dokładnie każdy kawałek głowy. Stanowi dodatkową barierę ochronną, by mózg nie wylał się ze swojej skorupy w chwilach napięcia, buntu, szaleństwa. Pozwala ukryć się i mieć poczucie bezpieczeństwa, bo skupia myśli na przebiegających chwilach zwyczajności.

Niezwykle skutecznie wytłumia odgłosy spraw większych niż zrobienie obiadu, poprawienie kartkówki, tankowanie auta… Załatwia idee na cacy. Sprawia, że nie zawracamy sobie głowy tym, że jest coś ważniejszego niż smarowanie chleba masłem.

Nawiasem mówiąc na tym właśnie żerują rządzący. Chcą ludziom zakładać jak najbardziej komfortowe kaski. Ale teraz nie o tym…

Różne są powody zdejmowania kasku – spoglądania szerzej, z dystansu, decentracyjnie… U mnie to z pewnością wieloelementowy zbiór schorzeń z moimi ulubionymi cukrzycą i rozrostową czerwienicą na czele. I tu paradoksy: to, co jest tragiczne rozświetla przestrzeń widzenia, a to, co zwyczajne – zaciemnia. Gdy człowiek dramatycznie zapada na zdrowiu, spada mu kask. I nagle okazuje się, iż rzeczywistość przeobraża się z burej ćmy w wielobarwnego motyla, z lepkiej mgły w oceaniczną bryzę… Nagle przestaje się widzieć pojedyncze atomy, a dostrzegamy atomowe struktury… Już nie tylko ja, rodzina, najbliżsi, a kwestie społeczne, ideowe, filozoficzne, etyczne…

Inni zapewne mają w sobie swoiste powody. Ja mam taki. I żałuję czasami, że nie znalazłem wcześniej innego, lecz nie żałuję, że go w ogólności jednak znalazłem. Tyle czasu żyłem w kasku i nie widziałem, że to wszystko może być takie… Piękne?

Ego, ego, ego...

piostar14

WP_20140918_037

Przez wiele lat byłem egotystą czystej krwi. I do tego egoistą. Jeśli właściwie rozumiem te dwa pojęcia to tak właśnie było. Ponoć poglądy z czasem można zmienić, a cech nie. Zapewne jest tak też w moim przypadku. Chociaż gdy patrzę na siebie w porannym lustrze, dostrzegam gościa, który wprawdzie wciąż z egoizmu jeszcze ma wiele, (raz miej, raz więcej), za to egotyzmu z roku na rok coraz mniej. Jeśli chodzi o egoizm usprawiedliwiam się tezą, że każdy człowiek ze swojej natury egoistą jest i basta!

Inna sprawa z egotyzmem. Nadbudowywanie swojej wartości towarzyszyło mi przez wiele lat. Od młodości do dorosłości i dojrzałości. Może wynikało z jakichś kompleksów… Nie wiem. W każdym razie bywało, że dominowało w zachowaniach i działaniu w różnych sytuacjach zwyczajności. Kiedy zaczęło uwierać? Nie jestem pewny… Może wtedy, gdy zrozumiałem, że to nie ja odsuwam się od ludzi, a to oni odsuwają się ode mnie, że zaczynam tracić przyjaciół i, że nic się już w tym względzie nie wróci. Wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego. Teraz już wiem, że częściowo winę za taki stan rzeczy ponosi właśnie egotyzm. Częściowo, bo do spieprzenia wielu spraw przyczyniły się także inne moje cechy.

Dziś nabrałem pokory wobec siebie. Bywa, że zastanawiam się, czy nie nazbyt głębokiej. Ale z pokorą zdecydowanie lepiej się czuję. Wiem jednak, że diablik – egotyk siedzi nadal mi gdzieś za kołnierzem i czasem wyściubia swój paskudny nochal, co potwierdza, że jednak cech nie da się wykorzenić do cna trzeba być wciąż czujnym.

Pokora niesie w moim przypadku jeszcze jeden skutek. Wyostrza wrażliwość nie tylko na własny, ale też obcy egotyzm. A jeśli ten obcy dotyka mnie, wyostrza ból, jaki wtedy odczuwam. Z jednej strony wtedy wiem, co czuli inni, gdy sam ich traktowałem egotystycznie, z drugiej – nie umiem powiedzieć: Stary, co ty robisz? Po co ci to? Przecież wiem, że w tym czy w tamtym jesteś wielki! Już to przerobiłem. Zostaniesz w końcu egocentrykiem i przestaniesz dostrzegać innych. Jak ja kiedyś... Ja jestem najważniejszy, ja wiem najlepiej, ja decyduję z kim, kiedy, jak…

Dziś, teraz, w tej chwili mam ten ból wyostrzony do bólu. Stracony wiele lat temu z winy mego egotyzmu przyjaciel, traci, z tego samego powodu teraz przyjaciela – mnie. I nie potrafię nic na to poradzić. A boli jak cholera!

Gędźba

piostar14

 

 

Wstki1

Przemijanie, albo, jak kto woli, rozwój języka, spycha w przestrzeń niepamięci wyrazy, których niewątpliwa magia mogłaby zabarwić dziś niejedne rozważania aromatem zaskakującej świeżości. Dla niektórych to, co poloniści nazywają archaizmami, jest przebrzmiałym tonem wobec fascynującej, ale też nieuchronnej ergonomii językowej, która w dużym skrócie polega na upraszczaniu czego się da i jak się da oraz świadectwem językowej progresji. Inni widzą w archaizmach źródło wspólnoty i ciągłości kulturowej i niczym językowy Indiana Jones przekopują stare manuskrypty i inkunabuły w poszukiwaniu niezwykłych, bywa, że tajemniczych słów. Są jeszcze tacy, których nowy w ich zasobie językowym, choć od dawna nieużywany wyraz zwyczajnie cieszy.

Gędźba to po prostu bardzo dawne, staropolskie określenie swojskiej i w wielu językach podobnie brzmiącej muzyki, czyli definicyjnie sztuki organizacji struktur dźwiękowych w czasie.

Gędźba. Dwie sylaby. Pięć głosek i co ciekawe, każda z nich dźwięczna dźwięcznością samoistną, a nie nabytą przez proces udźwięczniania. I jakie bogactwo brzmieniowe… Nosowa samogłoska ę zbliżona z afrykatem (zwarto-szczelinowym), który z kolei sąsiaduje z dwuwargową b. Przy tej eksplozji słowo muzyka zdaje się być brzmieniowym cieniasem. Tyle tylko, że muzykę łatwiej wypowiedzieć, co w połączeniu z lenistwem naszych organów głosowych dało jej tak zdecydowaną przewagę.

Gędźbę trzeba usłyszeć. Nie wystarczy przeczytać jakiś wyraz w myślach, by w pełni docenić jego walory. To tak, jak nie wystarczy spojrzenie na fotografię portugalskiego steka, by poczuć, jak kubki smakowe umierają z rozkoszy. Gędźbę trzeba powiedzieć głośno i wsłuchać się w jej brzmienie. Dopiero wtedy słowo stanie się ciałem. I gędźba stanie się muzyką…

W swej grze z gędźbą posunąłem się dalej. Spróbowałem przypisać poszczególnym znakom i dwuznakom dźwięki wprost z pięciolinii, aby usłyszeć melodię i w końcu też akord. I tak głosce g przypisałem dźwięk g, głosce ę – e, dź – dis, b – b i na końcu a – a.

Gdba

 

Na koniec, dość nieporadnie połączyłem wszystkie dźwięki w akord. I wyszło tak:

 

 gdba_z_akordem

Od tej chwili gędźba przestała być dla mnie tylko intrygującym wyrazem. Nabrała dodatkowego kształtu. Wyszła poza językową semantykę i podążyła drogą poszukiwań tego, co sama znaczy.

Dla mnie było to doświadczenie tyleż zabawne, co niezwykle inspirujące. Trudno nie wspomnieć też, że wyzwoliło całą lawinę wspomnień i wydobyło z głębi pamięci szczątki wiedzy, którą z mozołem nabywałem lata świetlne temu w szkole muzycznej.

A inspirujące?

Gdyby tak spojrzeć na dzisiejszą gędźbę, która towarzyszy nam codziennie, czasem nazbyt natrętnie wylewając się z wszechobecnych mediów. Niemalże zawsze stanowi połączenie słów i dźwięków, niestety częściej będących w dysonansie, ale czasem w fascynującym konsonansie, tak jak w takim przypadku:

…Our weary eyes still stray to the horizon 
Though down this road we've been so many times 

The grass was greener 
The light was brighter 
The taste was sweeter 
The nights of wonder 
With friends surrounded 
The dawn mist glowing 
The water flowing 
The endless river 

Forever and ever

 

Nasze znużone oczy wciąż błądzą po horyzoncie,
Mimo że jest to droga, którą już tyle razy szliśmy.

Trawa była bardziej zielona,
Światło było jaśniejsze,
Smak był słodszy.
W zachwycie nocy
Otoczeni przyjaciółmi,
Mgła świtu błyszczała,
Woda płynęła,
Niekończącą się rzeką.

Bez końca
 

High Hopes Pink Floyd

Czekanie z Tatą…

piostar14

WP_000823

Najtrudniejsze jest czekanie.

Najczęściej postrzegamy czekanie intuicyjnie,  jako ten czas, który oddziela nas od spodziewanego zdarzenia; od chwili, kiedy zrealizuje się nasza niecierpliwość i zamieni w zdumienie, że to już, a potem często w rozczarowanie, że to miało być przecież nie tak... I wszystko gdzieś przy ziemi, od rzeczy do rzeczy, od egzaminu do egzaminu, od snu do snu, z dnia na dzień, z roku na rok… Czekanie jest tak zwyczajne, że przyjmujemy je jak chleb powszedni, częstokroć już bez emocji czy choćby pamiętania. Można powiedzieć, iż tylko od święta czekanie nabiera wartości szczególnej. Wtedy myślimy o nim częściej, pamiętamy, odliczamy czas, jak dzieci, które mają na wyciągnięcie rąk wymarzoną zabawkę, ale jeszcze nie mogą jej dotknąć…

Jest jeszcze czekanie na cud, ale to nazywa się beznadziejnie – nadzieją…

Za kilka dni mój Tata obchodziłby urodziny. Siedemdziesiąte dziewiąte. Przez wiele lat mieliśmy kłopoty z dogadaniem się w większości spraw. On racjonalny, twardo stojący na ziemi, obdarzony zmysłem technicznym i darem zrobienia czegoś z niczego; ja – humanista, rozbiegany po ideach, beztalencie w robotach ręcznych, nawet szpadel trzymałem nie tak jak trzeba. Te wszystkie różnice sprawiały, że nasze rozmowy często przerywało warczenie na siebie. I to takie dziwne warczenie, bo warczeliśmy milcząc. Długo nie potrafiliśmy się zrozumieć i rozpoznać. Ojciec kochał mnie po swojemu i ja Jego po swojemu. Jak wiatr kocha dym, a dym kocha wiatr; bo wiatr dym unosi, a bez dymu wiatru nie widać. Dziś, po siedmiu latach odkąd Go już nie ma widzę wyraźnie, jak bardzo czekaliśmy na siebie.

To nie tak, że nie doczekaliśmy się. To nie tak… Udało nam się odnaleźć, gdy Tato zachorował i bardzo długo z chorobą walczył. To było trudne doświadczenie, ponieważ Tata oczekiwał nadziei i prawdy, a ta ostatnia była okrutna. Moja Mama, bezgranicznie Go kochająca dawała Mu nadzieję, którą sama do ostatnich chwil żyła. Ja podarowałem Mu, oczekiwaną przezeń prawdę, która bardziej bolała mnie niż Jego, ale paradoksalnie dawała mu siłę do walki. Wiem, że to wyświechtane słowa, lecz nie umiem wyszukać innych. Mój Tata zawsze walczył. Wkurzał się, gdy z czymś nie mógł sobie poradzić i mierzył się z problemem dopóki go nie pokonał.  Długo czekaliśmy na siebie…

Wiem podskórnie, że w ostatnich swoich dniach Tato już tylko czekał na śmierć. Wiedział, że jest blisko. W tych godzinach, to On podtrzymywał mamę na duchu, a ze mną mówił do końca o prawdzie. Gdy rozmawialiśmy ostatni raz, właściwie pozbawiony już sił powiedział mi o wszystkim, co uważał za ważne do zrobienia, a ja powiedziałem, by się o nic nie martwił. I z tym odszedł…

Mój Tato był rakmanem, jak ja dziś. Poznał smak tego czekania, którego zwykle nie doświadczamy codziennie. Czekania na to, co już nie metaforycznie, a praktycznie jest nieuchronne. Tylko nie tak, jak w zwykłym życiu, gdzie zazwyczaj możemy odliczać czas do doczekania. Tym razem nie będziemy wiedzieć, kiedy czekanie się skończy. Czekam…

WP_000834

Nebula i władca śmietnika czyli szeptanka o polskiej mgławicy…

piostar14

754349main_butterfly_nebula_full_full

Nebula - z j. angielskiego mgławica - obłok gazu i pyłu międzygwiazdowego lub bardzo rozległa otoczka gwiazd (kiedyś również tak nazywano galaktykę).

Galaktyka - duży, grawitacyjnie związany układ gwiazd, pyłu i gazu międzygwiazdowego oraz niewidocznej ciemnej materii.

Człowiek sięga coraz dalej i dalej. Nie potrafi usiedzieć, ustać w miejscu swojego rozwoju. Nie lubi też się cofać, chociaż historia pokazuje, że i takie sytuacje miały miejsce. Wystarczy popatrzeć na europejskie średniowiecze, które hurtowo odrzuciło część dokonań pogańskich dlań ludzi antyku czy świata arabskiego. W obrębie jednak swojej cywilizacji, zwanej chrześcijańską, Europa nigdy nie zrobiła kroku wstecz. Zawsze parła do przodu. Czasem mozolnie, czasem skokowo, nierzadko dosłownie po trupach, ale bez przerwy przed siebie. W stronę ideowej nebuli – mgławicy myśli, która początkowo ledwie widoczna, z biegiem lat przybierała coraz bardziej wyrazisty kształt, zmieniając się często w galaktykę nowego światopoglądu. Z mgły wyłaniały się nowatorskie idee, awangardowe koncepcje, nieszablonowe myśli… Abstrakt przechodził płynnie w konkret, przeistaczając poglądy w aktywność człowieka. Aż zaobserwowano kolejną nebulę i wszystko zaczynało się od nowa. Czasem mgławica przy bliższym badaniu okazywała się tylko definicyjnym pyłem rozpierzchniętym po wszechświecie. Czasem jednak wynurzała się z niej galaktyczna materia doktryny, która w swej istocie oprócz nieistotnego pyłu i gazu miała w swej treści gwiazdy, a te właśnie oświecały zmiany w porządku świata.

Z upływem lat galaktyka bladła, miliony gwiazd gasły. Zostawały tylko te największe i najjaśniejsze, które wpisywały się w historię cywilizacji jako słupy milowe jej rozwoju. W miejsce przemijających idei pojawiały się nowe, usuwając na śmietnik dziejów resztki dawnych światopoglądów.

Efemerycznie naturalny proces postępu myślowego cywilizacji ludzkiej zaburza pojawienie się człowieka, który, niczym władca śmietnika grzebie w odpadkach po przebrzmiałych konceptach i próbuje siłą wskrzesić ich blask. Na początku jedynie hamuje pęd ku nowemu, później, gdy zyska grono zwolenników, rozpoczyna proces regresji, wstecznictwa. Najczęściej robi to wszystko pod płaszczykiem wskrzeszania niby to odrzucanych przez postęp wartości, dobra wspólnego, walki ze złem… W rzeczywistości władca śmietnika chce po prostu błyszczeć galaktycznym światłem stwórcy, być otoczonym mandorlą władzy nad umysłami, być jedynym prawodawcą moralnym i cywilizacyjnym… A jest kim? Zwykłym władcą śmietnika, który upokorzony blaskiem galaktyk pragnie jedynie  zwykłe odpady z wysypiska, za pomocą magicznych inwektyw i sloganów zmienić w swój złoty nimb.

Nie wierzycie? Popatrzcie w TV!

Fota Mgławicy Motyla ze strony https://www.nasa.gov/multimedia/imagegallery/image_feature_2526.html

Definicje z Wikipedii

I w twarz zawiało…

piostar14

 

WP_20160217_15_30_54_Pro4

I w twarz zawiało… I uderzyło, i popchnęło, rozchybotało, pociemniło i przegnało…  I zostawiło samego ze sobą…

To zawsze trudne, gdy zaczynam gwałtownie odczuwać, że znikają w ułamku sekundy dobre myśli. I chociaż bardzo chcę je zatrzymać, choć wkładam  w to całą energię nagle: Bach! I już ich nie ma. Coś burzy harmonię wyciszenia i spokoju. Ale co? Nie mam pojęcia. Próbuję zawsze w podobnych momentach zlokalizować tę iskrę, zracjonalizować przyczynę i nic z tego nie wychodzi. Jakby to coś było poza mną i nie dało się schwytać. Całkowita nieprzewidywalność.

Spojrzeć na życie jak na wiatr,

Co burzy siwych myśli mgły

I skręca w wiry czasu piach,

I bije pięścią w moje drzwi…

I krzyczy: Otwórz! Nie bądź świr!

I tak dopadnę ciebie tu,

W tym miejscu, gdzie nie czeka nikt,

Bo ja to życia twego wiatr…

Pok-raczne perygrynacje...

piostar14

20110424

Najlepiej byłoby posłużyć się wiatrem, bo zgodnie z utrwaloną w świadomości metaforyką, ten ruch niewidzialnej natury rozpędza chmury niepokoju, smutku, depresji… Występuje wtedy pod pseudonimem wiatru nadziei. Problem zaczyna się, gdy zrozumiemy niestabilność wiatrowego charakteru. Nigdy nie wiadomo skąd i jak mocno dmuchnie - jest cholernie kapryśny i nieprzewidywalny. Podobny do Tyche pogrywa sobie ze mną, jak chce i kiedy chce. Czasem ukryty za flautą przygląda się spokojnym myślom, by znienacka, jedną informacją obudzić nadzieję, a potem kolebać nią z lewa na prawo – od euforii po muł depresji. W swoim nikczemnym jestestwie nadaje nadziei jakiś garbaty sens.

Rozchybotany wiatrem nadziei, próbuję zrozumieć jego kompleksję, przewidzieć jego ruch.  Ale to mnie przerasta. Pewnie jest tak z większością rakmanów, których zawodzą wszelkie prognozy meteorologiczne dla tego wiatru. Wtedy myśli tak chmurzą się i gęstnieją, że… Lepiej nie mówić, że co!

Bezhen pani Sternberg…

piostar14

Zobaczyłem w sieci taki obraz Tomasza Sętowskiego…

Tomasz_Stowski

I pomyślałem: Bezhen. Ludzie mają potrzebę odczuwania granic. Dla poczucia własnego bezpieczeństwa, bo każdy z nas odczuwa przynajmniej zaniepokojenie, gdy uświadamia sobie relacje między jednostką a kosmosem, między czasem swoim a czasem wieczności. Pomimo otoczenia cywilizacyjnego ten lęk jest niemalże pierwotny, bo nieskończoność przestrzeni i czasu jest przecież przy nas od zawsze. Jak każdego lęku, tak i tego staramy się unikać. Nie chcemy o tym myśleć, a jeśli już, to dla czysto ludzkich potrzeb, wyciszamy swoje emocje, używając słów wskazujących na nieokreśloność zjawisk. Bo tak łatwiej. Stąd nieskończoność, nieprzemijalność, bezmiar, nieprzebytość, ogrom, otchłań, ponadczasowość, wiecznotrwałość… I stąd też bez-…

Z drugiej strony oswajanie lęku przed nieskończonością polega też na rozmywaniu konkretnych liczb, na przekształcaniu ich w zwykłą niewiadomą, jakich wiele wokół. Stąd dawno, dawno temu w odległej galaktyce czy za górami, za lasami albo hen, daleko stąd… I tak już od dzieciństwa… I stąd też   -hen

Bezhen. Przestrzeń jedynej nieskończoności, którą mamy w sobie na własność. Nie jakiś tam kosmos – wszechświat, nie czas. Przestrzeń jedynej nieskończoności, której się nie lękamy, której nie musimy okrążać z obawy przed skutkami dotknięcia. Przestrzeń wyobraźni.

pl_0376

 Na pierwszym piętrze willi Edwarda Herbsta, która dziś jest częścią Muzeum Sztuki w Łodzi i występuje pod nazwą Muzeum Pałac Herbsta znajduje się biblioteka. Odwzorowujący czasy Herbstów pokój biblioteczny jest stosunkowo niedużym, narożnym pomieszczeniem, gdzie główne miejsce zajmuje wspaniała szafa biblioteczna i gdzie w najsłabiej oświetlonym, czyli najmniej eksponowanym miejscu wisi ten obraz…

Leonard_Winterowski_Portret_pani_Sternberg_rozjaniony

Portret pani Sternberg autorstwa Leonarda Winterowskiego.

Od pierwszego spojrzenia ogarnięty fascynacją pytam: Gdzie widziała swój bezhen pani Sternberg?

Foty z sieci, w tym ze strony http://www.palac-herbsta.org.pl/

Rakman

piostar14

WP_000438

Trzeba tego zwyczajnie dotknąć słuchem, wzrokiem, czasem nosem albo wręcz palcami. Dotknąć w sobie i na sobie. Inaczej się nie zrozumie. Inaczej będzie się tylko mniej lub bardziej empatycznym lub, co gorsza współczującym gapiem, który po fazie ekscytacji łatwo przejdzie do etapu zobojętnienia. Taki truizm: zdrowy nie zrozumie chorego. Od siebie dodam, że chorego na raka w szczególności, bo przecież katar każdy z nas miał i mieć będzie wielokrotnie, zatem poczucie wspólnoty doświadczeń kataralnych jest, mówiąc żartobliwie -  archetypem kulturowym.

A raka, w odróżnieniu od kataru, ma się raz na życie i nie każdego ten szczególny dar spotyka.

Czy chory rozumie siebie i to, czego dotyka? Nie akceptuje, ale rozumie. Wie o sobie więcej niż każdy zdrowy, postrzega zależności, które wcześniej ignorował, odkrywa własną wrażliwość, zaczyna się wzruszać i emocjonować, staje się świadomie innym niż inni.

 Bo rakmani i rakmanki są inni niż inni!

Wiem to, bo jestem jednym z nich.

 Rakman jest egoistycznym nadwrażliwcem, prawdziwym artystą swojego ego, który potrafi płakać przy scenie rozstania w banalnej komedii romantycznej i snuć rozważania o kondycji społeczeństwa, które wybrało władzę ciążącą ku autokratyzmowi; który dostrzega sens disco polo i odnajduje siłę w nutach Coltrane’a; który marnuje czas na poszukiwanie straconego czasu i skrupulatnie liczy sekundy każdego mijającego dnia… A wszystko, dlatego że rakman jest pełen sprzeczności. Jak artysta, w sprzecznościach widzi źródło i materiał twórczy. Całkowicie świadomie kreuje życie, jako największe dzieło swojego życia.

Bycie z rakmanem jest trudne, bo jego ból fizyczny i ból egzystencjalny nakładają swój ciężar na myśli i emocje partnerów. Egoizm i szaleństwo artystyczne rakmana jest dla otoczenia destrukcyjne. To trudne dla obu stron. Bardzo trudne. I bardzo za ten rakmański egoizm przepraszam. Nie zawsze potrafię nad nim zapanować. Racjonalizuję to sobie, mówiąc, że mam rozchwianą równowagę między siłą i słabością, a rozbuchane ego wygrywa, gdy słabość uzyskuje przewagę. Marne to wytłumaczenie i marna pociecha dla tych, którzy mają mnie czasem dość, a nie chcieliby dość mieć… Chyba to najmocniejszy z bólów, jakie są zawsze blisko rakmana. Ale szczęśliwi rakmani, których własny egoizm boli. Nie umiem sobie nawet wyobrazić rakmana samotnego, któremu nie jest dane dzielić swoje cierpienie z tymi, którzy chcą być blisko…

Nie wystarczy być ptakiem…

piostar14

WP_000493

Mówią: wolny jak ptak… Tak mówią…

Zbanalizowane dziś porównanie realizuje nasz archetypiczny podziw dla ptaków, które zagospodarowały dziedzinę dla człowieka obcą i fascynującą zarazem. Nawet w dobie współczesnych dokonań cywilizacyjnych nie osiągnęliśmy ptasiej maestrii w wykorzystywaniu powietrza, jako przestrzeni do życia. Potrafimy już wiele, ale wobec ptaków jesteśmy bezradni. Bo co z tego, że umiemy unosić się i, nawet bardzo szybko przemieszczać, skoro wciąż w chmurach czujemy się, co najmniej nieswojo. Od wieków zazdrościmy ptakom tej tajemniczej swobody, z jaką traktują przestworza. Ikar, skrzydła da Vinciego, Piotruś Pan, anioły… Humanizacja ptasiego panowania nad powietrznym mikrokosmosem. I wyraz tęsknoty za wolnością w niedostępnej dla nas sferze. Bo przecież o to nam chodzi. Postrzegamy ptaki, jako istoty wolne, ponieważ fruną jak chcą i gdzie chcą; niezależne od nikogo i niczego szybują, gdzie wzrok nie sięga… Bardzo to wszystko poetyckie i pociągające nawet teraz, gdy uwarunkowania biologiczne tych zwierząt są wiedzą powszechną i zdejmują z metafor wszystkie barwy. Nadal postrzegamy ptaki poprzez wyimaginowaną ich wolność.

Nie będę odkrywczy, gdy powiem, że ludzie mają w swoim bliskim zasięgu taką przestrzeń, która, jak ptakom powietrze, pozwala na poczucie pełnej swobody i autonomizm. Właściwie nie mamy, czego ptakom zazdrościć. To raczej one powinny zazdrościć nam. Bo naszą przestrzenią jest umysł. 

Gdy Miłosz pisał swoje eseje o zniewolonym umyśle, kierował się wynikami analizy postaw ludzkich wobec komunizmu i wpływu tej parszywej w praktyce idei oraz jej apologetów na wolność myśli ludzkiej. Pomimo wyraźnego naznaczenia konkretem historycznym przesłanie Zniewolonego umysłu jest uniwersalne i niezmienne. Jedyną przestrzeń nieograniczonej wolności, jaka jest na wyciągnięcie ręki może poskromić, budując wysoki i gruby mur pozornego bezpieczeństwa w sobie każdy z nas. Może z niewielką pomocą swoich przyjaciół, którzy zwykle są wrogami indywidualizmu i traktują nas instrumentalnie. Co z tego mamy? Paradoksalnie święty spokój. Jak w więzieniu. Przyjaciele myślą za nas, decydują za nas, rozwiązują węzły moralne za nas. Nie musimy się przejmować, czy istnieją inne racje. Z czasem rezygnujemy nawet ze współpracy z Ketmanami. Skrzydła oddajemy do magazynu, już nie na przechowanie, a na zawsze… 

Wolność myśli boli. Zmusza do wyborów, do analizy, syntezy, interpretacji, do poszukiwania podobieństw i różnic, do moralnego sporu wewnętrznego… Ale w tym tkwi cała istota ludzkiej wolności – w bólu tworzenia. Dlatego tak łatwo przyjaciołom przekonywać do swoich, jakże często pustych idei, które prędzej czy później, a zawsze zmieniają się we władzę nad umysłami i dalej – nad społeczeństwami. I znów paradoks. Twierdzimy, że jesteśmy wolni, czujemy, że jesteśmy wolni, a w rzeczywistości żyjemy w narkotycznym transie ideologii, która tłumi ból wolności. W anestetycznej klatce dla myśli wolnych jak ptaki…

Nie czuję się w pełni wolnym. Do ideału można jedynie dążyć. Zawsze znajduję w sobie coś, co ogranicza moją swobodę myślenia. Ostatnio granicą nie do przekroczenia dla mnie jest czas. Pocieszam się wolną myślą, że czas jest granicą dla wszystkich

A tak w ogóle… Nie wystarczy być ptakiem, by być prawdziwie wolnym.

© JA.grembach.łódź.pl
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci