Menu

JA.grembach.łódź.pl

O Grembachu, o Łodzi, o mnie, o wszystkim...

Wespół w zespół hop w bezkresy …

piostar14

 

 IMG_20170716_164306

Są przestrzenie, o których istnieniu nie wiedziałem. Ba… Nawet nie podejrzewałem, że mogą istnieć. Wlazłem w nie nagle, po latach otumanienia nadmierną pewnością swoich racji i własnej nieomylności. To takie uczucie, jakby jednym susem przeskoczyć z konkretu w abstrakt albo z rzeczywistości granicznej w – jak to nazywa Małgola – bezkres… I ten niezapomniany dreszcz, gdy uświadomiłem sobie, że bezkres jest wszędzie. Nie tylko w skali kosmicznej, gdzie końca nie widać. Jest też w nauce, muzyce, podróżach, wrażeniach, ludziach… Wszędzie tam, gdzie jest impresja i wszędzie tam, gdzie jest obiektywizm. Być może fascynująca natura bezkresu tkwi w kolokwialnym stwierdzeniu nie ogarniam tego do końca, a takie to ciekawe

 W każdym razie spotkania, (niecodzienne przecież, bo real jest wyjątkowo dlań wredny), z tymi przestrzeniami smakują wyśmienicie. Szczególnie, gdy pojawiają się znacka lub znienacka, przeplecione częstokroć kwestiami przyziemnymi w towarzystwie ludzi, którzy też chcą i lubią w nie wnikać, jeśli można w nie wnikać wespół w zespół

 Zawsze jest coś za horyzontem, którego dotyka szosa, którą mam przed sobą...

Jak bardzo inspirujące, są rozmowy wokół pytania: Co jest dalej?, wie tylko ten, kto mógł i chciał w takich dysputach uczestniczyć. I naprawdę nie jest istotne, w jakich okolicznościach, czy przy porannej kawie czy beborówce, przy patatas bravas czy irish stew… Ważne z kim i o czym. Bo bezkresu nie sposób chyba smakować w samotności. Mam to szczęście, że nie muszę nawet próbować delektować się nim sam. Bo są takie miejsca i tacy ludzie, z którymi wespół w zespół jest pięknie…

 THX 4 Małgola - with love!

THX 4 Toshaks - z nadzieją, że po to burzyliście wall, by udostępnić bezkresowi więcej przestrzeni… Więcej przestrzeni dla bezkresu, jako myśl przewodnia dla reformy mieszkania, to mi się podoba! Wam też? 

Od ogółu do szczegółu…

piostar14

 

 WP_20140712_23_12_40_GlamMe_Sketch

Brawo! Same sukcesy! Kręcę głową jak papuga i gdzie nie popatrzę sukces goni sukces! Od kilku lat dochodzimy do prawdy, od półtora roku wstajemy z kolan, przewodzimy Europie, mamy dynamiczny wzrost demokracji i jeszcze bardziej dynamiczny wzrost całej reszty, 500+ bije kolejne rekordy popularności, ludzie są coraz bardziej najważniejsi, zmienia się pięknie narodowa kultura i edukacja, w rządzie sami wybitni fachowcy…

Można powiedzieć kolokwialnie: Pięknie, kurwa, pięknie…

Przełączam kanał ze snu na jawę. A tu piękny szczegół za pięknym szczegółem… Najczęściej przeciwstawny pięknej całości… To tak jak z Bitwą pod Grunwaldem mistrza Matejki Jana. Z daleka – wymagająca właściwego oświetlenia piękna, harmonijna kompozycja, z wielkimi bohaterami na każdym planie, z wyrazistym dobrem, które odcina łeb parszywemu złu… Z bardzo bliska – bezładna masa różnobarwnych ciapek, smug, smużek, plam o trójwymiarowej strukturze, które sprawiają, że piękno całości staje się zwykłym pozorem. Dlatego tak trudno zrozumieć, dlaczego na kanale snu słychać, że pięknie jest z bliska i z daleka…

500+ jako ogólna koncepcja działania państwa na rzecz swoich obywateli ma sens. Wszyscy o tym wiedzą, zatem nie ma co się specjalnie rozgadywać o zaletach programu, które są wystarczająco naświetlone, by tworzyć całkowity, piękny obraz. Zatrzymam się przy szczególe… Problemem każdego programu socjalnego jest jego finansowanie. Nie inaczej jest z 500+. Wielki program wymaga wielkich pieniędzy. Ponieważ mamy do czynienia ze sztandarowym programem władzy, pieniądze muszą się znaleźć i basta! Gdzie ich szukać? I tu zaczynają się szczegóły, bo kasę na 500+ szuka się w bardzo wielu miejscach, związanych z gospodarką czy oszczędzaniem... Coś trzeba uszczelnić, komuś trzeba zabrać, gdzieś zmniejszyć koszty…

Nowa lista leków refundowanych zmieniła radykalnie status nowoczesnych i sprawdzonych w praktyce leków, zapobiegających odrzucaniu przez organizm przeszczepów. Z dofinansowanych na wolne cenowo, z kilku złotych na kilkaset czy nawet kilka tysięcy. W zamian wprowadzono niesprawdzone zamienniki. Ale dla państwa tańsze… I dwuletnie dziecko zamiast pić lek pod postacią syropu będzie zmuszane do połykania pigułek, co do których działania i skuteczności nie ma w Polsce żadnej pewności, że będą tak samo dobre. Kosztem ludzi chorych władza robi oszczędności, które pójdą na dopięcie budżetu. Bo budżet musi mieć pieniądze na cele ogólne. Chorzy z przeszczepami stanowią grupę niszową w stosunku do ogółu społeczeństwa. Są zatem szczegółem, którego obawy o życie nie mają znaczenia dla popsocjalnego programu dla mas.

Inny szczegół… W ramach uszczelniania systemu ściągania podatku VAT resort ministra Morawieckiego wymyślił przepisy, wedle których każda firma zatrudniająca ponad 10 pracowników lub mająca obroty powyżej 2 milionów EUR, będzie zmuszona do przekazywania Krajowej Administracji Skarbowej dobowego wyciągu z rachunku.  W sumie nic zdrożnego, gdyby nie szczegół… Bo jeśli przepisy te wejdą w życie, to od 1 września 2017 roku dane osobowe i związane z kontem każdego klienta, który zapłacił za zakupy przelewem mogą się znaleźć na biurku urzędnika KAS. Mimochodem zatem władza otrzyma kolejne narzędzie kontroli społeczeństwa uzyskując dostęp do chronionych dotychczas dany bankowych klienta indywidualnego.

I tak spojrzenie z bliska pokazuje jak kruchy może być piękny obraz ogółu. A może by warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wspomniane wyżej piękno nie jest tylko wmawianym nam pozorem, snem, a nie rzeczywistością? Czy nie zbliża się czas, gdy masa krytyczna szczegółów zostanie przekroczona i ułuda pięknego obrazu runie z hukiem i brzękiem?

Z dziełami mistrza Matejki tak się nie stanie. Z wizerunkiem budowanym przez władze najpewniej tak. I budzenie się ze snu będzie bardzo, bardzo bolesne… I będzie pięknie, kurwa, pięknie

Potrzebni – niepotrzebni…

piostar14

29122010393

Długo zastanawiałem się, czy o tym coś napisać. Czemu długo? Dlatego, że temat jest wszechobecny i można rzec ograny czy przegadany wielokrotnie. Niemniej przeważyło przekonanie, iż okoliczności są dość nietypowe i muszę, chociaż sam dla siebie, to wszystko poukładać. A słowo pisane jest dobrym sposobem na uprzytomnienie sobie niektórych spraw.

Przedmiotowe traktowanie człowieka jest jednym z wielu argumentów podnoszonych w dyskusjach nad ahumanistycznością systemów korporacyjnych, wojska, administracji szpitalnej czy rządowej, pozycji ofiary w procesie śledztwa, miejsca kobiet w życiu społeczeństwa… W szkołach nauczyciele bardzo często słyszą zarzut przedmiotowego traktowania uczniów… Zresztą od konkretnych przykładów pękają w szwach media. Generalnie prawie wszyscy się na to oburzają i ci sami prawie wszyscy łatwo w pułapkę przedmiotowości wpadają, gdy sami stają przed podejmowanym zadaniem.

Wymienione wyżej sytuacje mają kilka cech wspólnych.  Przede wszystkim mamy tu do czynienia z odmiennością celów uprzedmiotowiających i uprzedmiotowianych. Ci pierwsi kierują się szeroko rozumianym tzw. dobrem wyższym, a zatem opierają się o procedury, akty prawne, normy społeczne, decyzje polityczne. Drudzy mają po swojej stronie jednostkową i wysoce subiektywną potrzebę do zrealizowania. Pierwsi wykazują tendencję do uogólniania, drudzy – do uszczegółowiania. To oczywiście w żaden sposób pierwszych nie usprawiedliwia, choć świadomość przyczyn może wpłynąć na krytyczne spojrzenie na ich własną rutynę czy proceduralną wygodę i zmienić podejście do indywidualnej sprawy ludzkiej.

Co jednak, gdy przedmiotowe traktowanie człowieka pojawia się we wspólnocie społecznej, gdzie cele i metody działania oraz osobisty, emocjonalny stosunek do wspólnej sprawy jest dla członków wspólnoty jednaki? Co w chwili, gdy pojawia się w takiej grupie wypowiedź typu: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść? Co, kiedy uczestnik społecznej wspólnoty celu, z jakiegoś istotnego dlań powodu zwalnia tempo swojej aktywności lub zatrzymuje ją całkowicie i słyszy, że dla grupy są istotni jedynie ci, którzy pracują, a reszta już się nie liczy?

Sam nigdy czegoś takiego o sobie nie usłyszałem, ale wiem, że podobne sytuacje się zdarzają. Żadna fundacja, żaden związek czy stowarzyszenie nie powinno dopuszczać do pojawienia się w ustach któregoś ze swoich członków słów o odrzuceniu ludzi, którzy przestali być aktywni. Wystąpienie takiej sytuacji podważa wiarygodność całej organizacji, która w ten sposób traci wspólnotowość celu. Ponadto świadczyć to może, iż forsujący taką tezę skupieni są głównie na własnej pozycji w grupie lub na swoim ego, czy w najlepszym wypadku na celach szczegółowych, a nie na celu głównym. W każdym przypadku tak potraktowani członkowie organizacji wspólnotowej odczuwają swoją przedmiotowość, a sama organizacja w ich oczach drastycznie traci na znaczeniu. Uprzedmiotowienie człowieka w społeczności wspólnoty wyrzuca go definitywnie poza granicę organizacji, co czyni jej tyleż samo szkody jak pozostawianie bez reakcji we wspólnotowym gronie osób, dla których inni są tylko użytkowymi murzynami.

A wystarczy zapytać: co się stało, że przestałeś…?

Za krawędzią rozumu.

piostar14

 

W lutym zeszłego roku na stronie www.kod-lodzkie.pl opublikowałem felieton o współczesnym mitotwórstwie. Dziś, w siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej, po tym, co od rana dzieje się w mediach i w wzmożeniu aktywności obozu władzy zerknąłem w ten stary tekst jeszcze raz... Dodałbym do niego tylko jeszcze przykłady działań mitotwórczych związanych z Lechem Kaczyńskim i sprawozdanie podkomisji smoleńskiej  z tezą o zamachu. Nawiasem mówiąc, ubieranie słabej treści w atrakcyjne opakowanie (prezentacja medialna skutków działania podkomisji),  to znana metoda propagandy. Zresztą...

Każdy, przeciętnie wykształcony Europejczyk kojarzy mit ze światem starożytnym, gdzie te opowieści służyły wyjaśnianiu świata bogów, królów, herosów…

Zamierzchła przeszłość… Było minęło… We współczesnym, informacyjnym świecie takie bajdurzenie nie ma racji bytu… To spojrzenie, bardzo dziś powszechne, jest bardzo błędne, bo pomija niezwykły aspekt siły mitu. Siły, która dawała antycznym Grekom moc wiary, a i teraz pozwala kreować rzeczywistość zafałszowaną, ale bardzo silnie oddziałującą na nasze emocje. Dlatego dziś powstają nowe mity i bardzo dobrze się im powodzi.

Współcześnie tworzone mity mają na celu wytworzenie w ludziach takiego stanu emocji, który pozwala sterować ich poglądami. Współczesny mit wyłącza potrzebę autorefleksji, zastępując ją wiarą, że to, co widzę i słyszę jest prawdą objawioną. Oczekujemy prostych wyjaśnień skomplikowanych zjawisk społecznych i mit zaspokaja tę naszą potrzebę. Oferuje jasne rozwiązania, precyzyjnie wykreśla granice moralne, pokazuje godne naśladowania postaw, daje poczucie bezpieczeństwa…

Specjaliści od reklamy już dawno zaczęli wykorzystywać koncepcje mitu w swoich strategiach marketingowych. Dlatego, mimo „wpadek” z fałszowaniem danych o emisji spalin, nadal powtarzamy, że samochody niemieckie są najlepsze, dlatego sądzimy, iż najdoskonalsze wina pochodzą tylko z Francji, dlatego uważamy, że e-papierosy pozwalają wyleczyć się z nałogu, itp.

Tak jak agencjom reklamowym mitologizowanie służy, jako narzędzie do walki na rynku, tak dla specjalistów od wizerunku politycznego jest metodą manipulacji potencjalnym wyborcą. Kiedy na chwilę wyłączymy emocje, które towarzyszą politycznym sporom, dostrzeżemy natychmiast, wiele działań kreujących lub utrwalających nowe mity.

Włączamy telewizor i widzimy kolejnego polityka, który z przekonaniem twierdzi, że lider jego partii jest nieomylny. Tego lidera widzimy tylko w bardzo określonych sytuacjach, rzadko zabiera głos, nie wiemy prawie nic o jego zwykłym życiu, otacza go aura tajemniczości. Słyszymy, że pracuje dla kraju wciąż nad nowym programem, ma siłę sprawczą, może więcej niż inni… Po kilku latach mit Wodza – Zbawcy Narodu gotowy. Inny przykład. Minister MON na spotkaniu z licealistami używa słów: „POLEGLI NAD Smoleńskiem”; pewien dziennikarz mówi o śladach trotylu na szczątkach samolotu, w siedzibie ministerstwa powstaje miejsce pamięci pary prezydenckiej; „miesięcznice” uzyskują status uroczystości państwowej poprzez wartę żołnierzy Kompanii Honorowej WP; polscy naukowcy z amerykańskich uniwersytetów (nieważne, że brak im kompetencji) podważają wyniki państwowej komisji badań wypadków lotniczych; Rosjanie nadal nie oddają wraku… I mit zbrodniczego zamachu już jest. Kolejny przykład. W komentarzach na różnych portalach ostro zwraca się uwagę, że należy pisać „Pan Prezydent Andrzej Duda” a nie „prezydent Duda”; pewna wpływowa blogerka zaczyna każdy dzień od wpisu na swoim tweeterowym profilu: „Witaj Polsko moja kochana ojczyzno, dzień dobry Rodacy, witaj czcigodny prezydencie RP @AndrzejDuda i pani premier @BeataSzydlo; publiczna TVP pokazuje twarz prezydenta tylko w wersji zatroskanej lub uśmiechniętej, a sam zainteresowany wciąż mówi o otwartości na dialog, o łączeniu różnych racji i zawsze podkreśla „z wielką mocą” wspierając ową moc wystudiowanym i wciąż tym samym gestem… Mit „Wspaniałego Prezydenta” już się utrwala. Takie same propagandowe chwyty towarzyszyły mitologizowaniu „Polski w ruinie”, „dobrej zmiany” czy Trybunału Konstytucyjnego, jako przeciwnika dobrych reform.

Czy współczesne mity są generalnie złe? Nie! Procesy mitotwórcze były, są i będą elementem życia ludzi. Wywierają zły wpływ jedynie wtedy, gdy stanowią bazę dla negatywnych stereotypów - schematów myślowych, które dzielą nas na lepszych i gorszych, mądrzejszych i głupszych, przyjaznych i wrogich, Polaków i nie-Polaków… Wtedy wystawiają też bardzo złe świadectwo mitotwórcom.

Nam pozostaje wyjaśniać i pokazywać, że można nie przekroczyć krawędzi rozumu.

Idealistycznie i inwektywnie…

piostar14

 

WP_20160219_11_46_22_Pro

Przez wiele lat zwrot ludzie są różni był w zakresie idei głównych dla mnie pusty. Wszystko przez idealistyczne myślenie, że to jest całkowicie niemożliwe, byśmy mogli mieć tak fundamentalnie różne oceny wartości takich jak dobro, zło, człowieczeństwo, prawa człowieka, demokracja… Równie idealistyczne podejście miałem wobec nadwyżki reakcji na te różnice. Tak było wiele lat temu… Potem bywało różnie, ale gdzieś w środku ten idealizm był.

Cóż…

Jego czar prysnął ostatecznie z chwilą, gdy kilka lat temu dowiedziałem się na TT, że jestem chujem, bo ośmielam się mieć inne poglądy niż mój interlokutor. W zasadzie poglądy mieliśmy zbliżone, bo mówiliśmy o potrzebie rozwijania społeczeństwa obywatelskiego. Z tym, że mój rozmówca myślał o obywatelu jednopartyjnym, ja – o obywatelu państwa. Samo stwierdzenie o moim chujstwie nie było w zasadzie niczym szczególnym, bo w wielu, jak i we mnie także jakaś cząstka chamstwa drży. Poza tym rdzennie grembachowe pochodzenie sprawiało, że wulgaryzmy nie były w stanie wytrącić mnie z równowagi. Problemem był kontekst. Bo jakże to możliwe, by w sporze o istotne wartości używać takich argumentów? Przez chwilę myślałem nawet, że to tylko taki zabieg erystyczny, który ma na celu osłabienie pozycji i pewności siebie dyskutanta. Parszywy, ale tylko trick dyskusyjny. Tymczasem, dalszy bieg rozmowy przekonał mnie, że dla mojego przeciwnika w sporze sama odmienność poglądów jest wystarczającym dowodem na moją chujowość. I z tego zdziwienia wyrosła pewność, że ludzie ideowo bardzo są różni i różnic tych żaden argument nie jest w stanie zniwelować, czy chociaż osłabić. Wyrosła też pewność, że zaślepienie ideowe, które sprowadza się do używania argumentów dosłownie poniżej pasa, na zawsze nie tylko skazuje na pozostanie po którejś ze stron barykady, ale też wznosi tę barykadę ponad poziomy i rozciąga ją poza horyzont.

Oczywiście próbowałem przekonywać, walczyć, etc… Żeby nie było, że nie. Skutek był żaden. Może nie do końca żaden, bo oprócz rzeczonej wyżej otrzymałem moc nowych, równie serdecznych inwektyw. Barykada rosła i rosła… I rośnie dalej z każdym rzuconym w przestrzeń gorszym sortem

Wnioski:

  • ludzie są różni;

  • ludzie są różni, co nie usprawiedliwia niczego;

  • ludzie są różni, co uzbraja nas w grubą skórę;

  • ludzie są różni, co niszczy często bezpowrotnie możliwość zniszczenia barykad;

  • ludzie są różni, co może doprowadzić do zniszczenia naszego człowieczeństwa i społeczeństwa.

  • Ludzie są różni, ale może to też być przyczyną i tętnem prawdziwie dobrych zmian?!

 

Dlatego nieustępliwie rozmawiam z tymi, którzy chcą, żeby barykada była chociaż o milimetr niższa dla tych różnic właśnie…

I w ten sposób znowu wyłazi ze mnie ten cholerny idealizm…

Okolice KOD, czyli przysłowie niedźwiedzie…

piostar14

Photo_1_310715_png

Nie potrafię powstrzymać się… Wybaczcie jeśli jesteście czytaczami mojego bloga i poczujecie się urażeni. Nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, co w okolicach Komitetu Obrony Demokracji się dzieje, a samego stowarzyszenia dotyczy…

Wczoraj stacja TVN wyemitowała w Czarno na białym felieton z tezą o umieraniu KODu…

Nie ukrywam, że to co zobaczyłem potrąciło we mnie strunę zwyczajnego wkurwienia. Oto bowiem stacja, mieniąca się obiektywną, emituje płaski i powierzchowny, kilkuminutowy materiał, który ma być diagnozą, analizą, a w rzeczywistości służy schlebianiu najniższym gustom widzów, którzy gonią za negatywnymi newsami. Dwuwymiarowy obrazek stowarzyszenia, wsparty kilkoma zdaniami gadających głów, z przewodnim motywem sensacyjno – grobowego tonu dziennikarza, wieszczącego śmierć czegoś, o czym biedny chłopczyna nie ma zielonego pojęcia.

Gdy KOD był dziennikarzom potrzebny, gdy koderzy wsparli ich protest przeciwko ograniczania prawa mediów do dostępu do informacji w Sejmie – stowarzyszenie było cacy. Teraz gdy KOD boryka się z wewnętrznymi problemami i ma kłopoty wizerunkowe, to jest już be. A skoro jest be, to można swobodnie go osądzać bez potrzeby wnikania w tkankę problemu… A poza tym be się lepiej widzom sprzeda… Takie obiektywne dziennikarstwo wobec lojalnego partnera…

I tu miejsce na przysłowie niedźwiedzie…

To, co napisałem o TVN, dotyczy także, a może przede wszystkim polityków. Mniej więcej rok temu, w naszych koderskich rozmowach przewijała się kwestia obecności przedstawicieli partii opozycyjnych na przedsięwzięciach KODu. Wtedy moje zdanie, tożsame z opiniami sporej grupy koderów zawierało w sobie przekonanie, że dla partyjniaków będziemy tylko popularnym misiem, do którego opłaca się przytulić. Zwyciężyło wówczas przekonanie, że dla gruntowania swej pozycji Komitet powinien podejmować współpracę z partiami opozycyjnymi, które później wyewoluowało w myśl, że stowarzyszenie będzie płaszczyzną porozumienia sił opozycyjnych. I było tak, że partyjni liderzy nad wyraz chętnie fotografowali się z koderami i na tle koderskiego logo, gaworzyli o nowej Solidarności, ściskali koderom dłonie i poklepywali nas po plecach. Do czasu…

Kiedy stowarzyszenie, a właściwie jego przywódcy popełnili seppuku, kiedy przez to wizerunek KODu został dramatycznie nadszarpnięty, aktywiści partyjni zamilkli lub ograniczyli się do słów, że to wewnętrzna sprawa Komitetu, (co zresztą prawdą jest). Uznali, że już nie opłaca się być kojarzonym z KODem. Skończyło się bredzenie o solidarności społecznej, a zaczął swoiście pojmowany ostracyzm. Kto był na wspólnym śpiewaniu Ody do radości czy innych koderskich eventach proeuropejskich w sobotę zeszłą, ten wie…

I tu znów przysłowie niedźwiedzie…

Proszę mi tylko nie mówić, że media i partie są takie z natury, bo swoich potrafią bronić do upadłego…

 

Szanowni Państwo Dziennikarze, Szanowni Państwo Politycy!

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie… Stanowicie przykład cynicznych drani, którzy potrafią dbać tylko o swoich, i którzy potrafią myśleć wyłącznie w kategoriach własnych karier i dup dopasowanych do wygodnych stołków. Nigdy nie miałem złudzeń, że jest inaczej, jednak w głębi duszy myślałem, że macie choć odrobinę lojalności wobec kogoś, kto zawsze podał Wam rękę, gdy byliście w potrzebie.

Może po prostu, następnym razem – a taki nadejdzie, bo KOD to nie Szumełda, Kijowski czy nawet Łoziński, a tysiące ludzi, którzy przetrwają, bo mają inny, prawdziwie ważny i nie taki jak Wasz cel – może po prostu, następnym razem albo zachowajcie się porządnie albo zwyczajnie odpierdolcie się!

Pocztówki znad krawędzi…

piostar14

WP_20160716_012

Był kiedyś taki film… Pocztówki znad krawędzi… Na podstawie autobiograficznej powieści zmarłej niedawno Carrie Fisher (zagrała m.in. księżniczkę Leię w Gwiezdnych wojnach) z fenomenalnymi rolami Meryl Streep i Shirley MacLaine. Ale nie o filmie ma być, a o jego inspirującym tytule.

Nad krawędzią generalnie nie jest ciekawie, choć bogato w doświadczanie i emocje. Wiedzą to pewnie wszyscy, którzy się tam znaleźli. Kiedy jest wszystko w porządku krawędź jest tak daleko, że pędzimy przez życie z dozwoloną prędkością godziny na godzinę, zwiększając stale ilość planowanych na jednostkę czasu zdarzeń. Ten ruch gwałtownie staje w miejscu, gdy trafia się na nieuleczalne coś jak nowotwór, miażdżyca, cukrzyca. Albo wszystko to naraz. Coś, co przenosi w miejsce, z którego czysto i wyraźnie widać napis The End. Pamiętam dobrze to uczucie, gdy po końcowych napisach wychodziłem z kina w poczuciu niedosytu i z konstatacją, że za chwilę zderzę się z rozczarowaniem własną codziennością. Taka krawędź dwu światów. Z chorobą jest podobnie. Tylko że znad krawędzi tego drugiego świata nie widać, bo pewnie go tam zwyczajnie nie ma.

A co jest? Jest krawędź. Dramatyczne jest to, że gdy na nią się wejdzie, z tyłu nie zostaje nic i przed sobą też nic nie ma. Nic. Za to sama krawędź… Ho, ho, ho…

Na niej wpada się z jasności w ciemność, z nerwowego chichotu w spazmatyczne łzy, z udręki w ekstazę… Jest tak nerwowo, że najmniejszy bodziec wyzwala nieproporcjonalnie duże emocje. Nigdy nie płakałem przy oglądaniu filmu, teraz wzrusza mnie banalnie ckliwy dialog. Nastrój mam porozrywany, rozchwiany. Czuję najdrobniejsze drganie organizmu, mam zwiększoną wrażliwość na fizyczny ból. Poczucie bezsilności jest wszechogarniające, najprostsza sprawa staje się trudnym problemem. A wszystko przez to, że stanąłem na krawędzi i chociaż nie wiem, kiedy życie przechyli mnie na drugą stronę, to mam świadomość stania tu, gdzie stoję. W sumie wielkie gówno ta krawędź. A byłoby jeszcze większe, gdyby nie to, że widzę jakby szerzej i więcej. I zaskakuje mnie znikanie nieśmiałości, która towarzyszyła mi właściwie od zawsze. I znalazłem to, co wydawało się, że bezpowrotnie zgubiłem. I potrafię wreszcie powiedzieć sobie uczciwie: co ja tu kurwa właściwie robię?!, w kontekście przedmiotowym (praca) oraz podmiotowym. I mam bloga, w którym zapisuję moje pocztówki znad krawędzi do siebie, do moich ukochanych Małgoli i Agaty… I może paru jakichś innych jeszcze czytaczy

 A życie jest, póki co jeszcze, dla mnie łaskawe, bo mimo wszystko jakośtam trwa…

Na czele… czyli przykład idzie z górki…

piostar14

Auto2

A tak mi przyszło na myśl po wczorajszym śpiewaniu „Ody do radości” na Piotrkowskiej przed siedzibą PiS i po obejrzeniu w TV relacji z marszu w Warszawie…

 Na początek i nieco dygresyjnie pytanie z natury tych złośliwych i retorycznych…  Ponieważ wyroiło się nagle we władzy i jej okolicach stadko euroentuzjastów pokroju premiery, prezesa, p. Brudzińskiego, etc, to czemuż nikogo z nich nie widać było wczoraj na którejś z imprez poświęconych Unii Europejskie?

 Ale ad rem

Było nareszcie z radością… Po szaroburych emocjonalnie i apatycznych zimowych tygodniach nareszcie ludzie przyszli najonizowani pozytywnie, z jakąś od dawna niewidzianą energią. Nie było nas na Piotrkowskiej specjalnie dużo, ale wszystkim wyraźnie zależało na tej wspólnocie z UE i wspólnocie śpiewania. Widać było, że znów rozsiadło się w nas mentalne yes, yes, yes! I pięknie… Po powrocie ze śpiewania TV i relacja z Warszawy. A tam tłum. Podobno dla policji 2-3 tysiące… Chłe, chłe, chłe… I żółta – łomatko! - półkreacja premiery, która wyraźnie chciała za wszelką cenę zaznaczyć swą obecność w Rzymie. Swoją drogą, nasze służby dyplomatyczne muszą być naprawdę do niczego, skoro nie potrafiły zadbać, by premiera była cokolwiek widoczna na oficjalnych zdjęciach wszystkich szefów rządów unijnych krajów… Ale znów odbiegłem od tematu… W TV marsz w Warszawie pełen takiej samej energii, jakiej obecności doświadczyłem w samo południe pod łódzką siedzibą PiSu. Super!

 A teraz mniej radośnie i lajtowo…

Łódzki, śpiewający event miał jedną jeszcze bardzo charakterystyczną cechę – brak obecności tych, którzy powinni, musieli być. Wszyscy rozpoznawalni zameldowali się w stolicy. Jasne, że marsz warszawski powinien być duży, by mógł być przez rządzących dostrzeżony. Jasne! Niemniej pozostawienie macierzystych dla działaczy społecznych i politycznych miast i regionów bez wsparcia to znaczący błąd. Najbardziej ideowi uczestnicy opozycyjnych przedsięwzięć potrzebują poczucia tożsamości ze swoimi liderami, a o takie trudno, jeśli widzi się ich wyłącznie za szklaną szybą telewizora. Skutki bywają różne… Od przekonania, że jestem prowincjuszem po poczucie, że liderzy idą drogą kariery i urodziło się w nich parcie na szkło. Ten drugi przypadek jest najczęstszy. Nawet najbardziej wzniosła idea nie potrafi powstrzymać poszczególnych wybrańców od wkroczenia na ścieżkę egotyzmu politycznego. Łatwiej byłoby policzyć, kto ze znaczących postaci regionu był na łódzkim śpiewaniu, niż kogo nie było… Dostrzegłem tylko p. Jońskiego i żadnego ze znanych naszych posłów czy działaczy. Ale mogłem kogoś nie zauważyć…

Tak… Warszawa ciągnie… Kto tam jest, staje się z automatu ważniejszy, lepszy… Od razu widać go w TV przy vipach i celebrytach, czasem zabierze przez mikrofon głos, potem dostanie sms-a z gratulacjami za udane wystąpienie i punktacja rośnie. Ego też. A im większe ego, tym dalej od swojej małej ojczyzny. Najlepiej jest jeszcze, gdy po powrocie, bezrefleksyjnie ponarzeka w mediach o małej frekwencji na proteście w swoim okręgu wyborczym, by chwilę potem przekonywać żarliwie, jakim to wielkim lokalnym patriotą jest. I żeby było jasne, nie myślę tu o organizatorach wspólnego śpiewania czyli o łódzkim KOD.

 Przykład idzie z góry… U nas raczej z górki, bo trudno łódzkich aktywistów górą nazwać, skoro wczoraj woleli wybrać medialną Warszawę od prowincjonalnej Łodzi i pozostawić samym sobie ludzi, którym winni liderować.

 

Jest wiele powodów niewielkiej frekwencji na eventach opozycyjnych. Ucieczka działaczy jest jednym z nich.

To nie my! To oni!

piostar14

20110716130

Działacze są szczególnymi ludźmi, bo mają nietuzinkowe podejście do rzeczywistości. Chcą ją zmieniać, przez co są motorami postępu. Jednakże…

Swoją dynamiką i entuzjazmem potrafią zarazić każdego, a potem częstokroć zadziałać jak antybiotyk i zabić własne zarazki. Umieją wszczepić potrzebę działania, by następnie, a zwykle nieświadomie i za jakiś czas przyczynić się do odrzucenia przeszczepu.

Co jest?

I jak, że tak?

Dynamizm aktywistów generuje wiele zagrożeń dla organizacji. Na przykład gwałtowny skok rozpoznawalności ma w sobie ogromny zbiornik wody sodowej, która w partiach politycznych nagminnie bąbelkuje, gdzie indziej słabiej, ale jednak też. Inny przykład. Popularne i odnoszące sukcesy projekty społeczne przyczyniają się do rozwoju ego nieomylności gron zarządzających. Wiemy najlepiej…, …mamy wszystko przedyskutowane…, …nie będziemy nic zmieniać, bo zwykle wszystko działa…, itp. Nieomylność buduje coraz większy mur i w efekcie aktywiści przestają brać pod uwagę czy dostrzegać opinii zza muru, a środowisko zewnętrzne - odbiorcy, uczestnicy - odbiera postawę działaczy jako arogancką. Skutek – osłabienie siły projektu przez utratę uczestników.

Najgorzej jest jednak, gdy każda, nawet najbardziej życzliwie wypowiedziana uwaga, traktowana jest przez władze organizacji jak bezpośredni, agresywny atak. Uuu… Wtedy robi się grubo. Tyle pracy wkładamy i nikt tego nie docenia…, …tak ciężko pracujemy, a on ośmiela się… Potem już tylko ostracyzm wobec winowajcy i amen. Do następnego razu… Do następnego winnego… A winnych co niemiara się znajdzie…

Czas wrócić do pytań początkowych i uzupełnić je o następne.

Jedna z dyrektorek, z którymi miałem okazję pracować na początku mej drogi zawodowej, na narzekania nauczycieli w stylu ach ta młodzież mawiała zawsze, że najpierw winy trzeba szukać u siebie, a dopiero później u uczniów i ich rodziców. To było jej nauczycielskie credo, które przyjąłem onegdaj jako swoje, i które potwierdziło się w wielu sytuacjach.

Oczywiście trudno jest oczekiwać, że przykładowo takie dzisiejsze władze partii tymczasowo rządzącej powyższe motto zastosują. Wymagałoby to od nich uznania, że istnieje demokracja, że narzucanie światopoglądu jest przedmiotowym traktowaniem społeczeństwa, że jest się autokratą, etc. Ale można oczekiwać od władz innych, prodemokratycznych organizacji, że przestaną szukać przyczyn swoich niepowodzeń w otoczeniu, a zaczną u siebie i  zrezygnują z postrzegania zwykłych, mądrych krytyków jako wrogów.

Prawda ?

Wszechczas pamięci...

piostar14

WP_000682

 

I początek nowego roku. Mimo, że radio publiczne przestało być normalne i z założenia je ignoruję, dziś, jak od kilku lat pierwszego stycznia, od rana do wieczora słucham Listy Przebojów Wszechczasów w Trójce.

 I robi się nostalgicznie… Z większością utworów łączy się jakiś obraz, który wyłazi z pozornej niepamięci i wzburza wokół siebie myśli. I tak, co kilka minut… To jest jak przeglądanie albumów z fotografiami, tylko zamiast zdjęć słyszymy brzmienia, dźwięki, a twarze i sytuacje pojawiają się pod powiekami. Czasem ruchome, czasem statyczne, nierzadko przymglone i czarno – białe… Jeszcze innym czasem zjawia się zapach, smak… Zawsze niedoścignione, niepowtarzalne…

 Shine on You Crazy Diamond Pink Floyd. Miejsce 17 na Liście Wszechczasów. A dziś pierwszy dzień 2017 roku. Taki zbieg okoliczności. Jak ten, że płyta, oczywiście winylowa, Wish You Were Here była pierwszą, jakiej słuchałem korzystając z bardzo dobrych naonczas słuchawek. Dzięki temu pierwszy raz usłyszałem muzykę z bliska, nieomal dotykalnie, jak nigdy dotąd. Prawie filharmonicznie, ale z inną przestrzenią. Od tego czasu nie umiem słuchać muzyki inaczej niż w pełnym brzmieniu. Brzęczący głośnik sprawia, że ją tylko posłuchuję, bo wiem, że i tak wszystkiego nie usłyszę. Bo do słuchania muzyki trzeba ciszy i skupienia. Tylko wtedy może wybrzmieć w całej swej doskonałości.

 Gyöngyhajú lány Omega. Zbolałe palce od dociskania strun do progów zdezelowanej, popaczonej we wszystkie strony gitary… Jakie to było romantyczne… Ten ból i romantyczne wieczory przy ognisku. Ten ból i rozchodzące się w leśnej ciszy słowa o dziewczynie o perłowych włosach… Ten ból i zapach dymu świerkowego… Ech…

Highway to Hell AC/DC. Fiat Uno. Jedziemy w pięć osób do Ciechocinka jeszcze starą jedynką. Wyjazd terminowy. Czas nagli. Pada deszcz. Za Łęczycą dziurawię jedną oponę i upieram się, że bez zapasu nie będę daleko jechał. We Włocławku tracimy prawie godzinę na znalezienie jakiegoś warsztatu i naprawę. Ruszamy. Pasażerowie natychmiast się rozgadują, próbują przekrzyczeć siebie nawzajem. Wkurwiony hałasem, deszczem, zaparowanymi szybami i presją czasu zakładam słuchawki, by chociaż trochę się wyizolować. Po kilku minutach słyszę Highway to Hell. Po ostatnim riffie spoglądam na licznik. 140 km/h. Nigdy nie wystraszyłem się samego siebie za kierownicą jak wtedy.

Stairway To Heaven Led Zeppelin. Te schody, tak jak błyszczącą damę do kobziarza, prowadziły mnie zawsze do pisania wierszy. Żadnego z tych inspirowanych Zepami nie pamiętam. Nigdzie też tych rękopisów nie znajdę, bo zniszczyłem je kiedyś. Pewnie dlatego, że były słabe… Ale ten błękit atramentu i poczucie, że mogę coś wreszcie powiedzieć jest śladem nie do powtórzenia… Na zawsze… W końcu, jak śpiewa Plant:

A jeśli posłuchasz bardzo uważnie, harmonia w końcu do Ciebie przyjdzie,
gdy wszystko będzie jednością, a jedność wszystkim.
Być skałą, lecz się nie staczać.

 

© JA.grembach.łódź.pl
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci